Matka (nie)doskonała

Palę się ze wstydu, porzuciłam swój blog na blisko 10 miesięcy! To nie był łatwy czas i wiele się działo, ale czas najwyższy powrócić i co nieco skrobnąć. O dzieciach na przykład.

Jestem matką córki doskonałej. Świetnie wychowana dziewczyna, już 16-letnia, która od najmłodszych lat była stawiana rówieśnikom za wzór do naśladowania. Odznaki wzorowego ucznia, świadectwa z czerwonym paskiem i uścisk dłoni dyrektora plus list gratulacyjny na koniec roku szkolnego. Do takiej rzeczywistości przyzwyczaiłam się przez lata. 

Córka urosła, ale wciąż problemów wychowowawczych nie przysparza. Nie jest to cukierkowa rzeczywistość, bo jako nastolatka ma swoje muchy w nosie, ale generalnie byłabym nieuczciwa, gdybym zaczęła narzekać.

Mając takie dziecko człowiek dochodzi do wniosku, że jest rodzicem doskonałym. Dzieciaki nie siorbią, mówią dzień dobry i do widzenia, pomagają targać siaty z zakupami i sprzątają swoje pokoje. Brzmi nieźle. Więc spoglądałam z wyższością na dzieci rozrabiające, a bardziej na ich matki, którym w mojej ocenie brakowało konsekwencji i wiedzy o wychowaniu.

Bajka trwała, dopóki mój syn nie poszedł do szkoły. Dziecko, dla którego ocena dostateczna jest szczytem ambicji, a poprawne zachowanie na półrocze jest "spoko". Któremu wkładany do głowy i pokazywany na własnym przykładzie szacunek do innych, jakoś nie leży.

Przed świętami dzieci miały za zadanie zrobić figurkę anioła. Oczywiście dowiedziałam się o tym dzień wcześniej, więc do północy suszyłam w piekarniku figurę anioła z masy solnej, żeby później ją pomalować. Syn zatargał anioła następnego dnia do szkoły. Rodzice wiedzą, że tak właśnie często wygląda samodzielna praca plastyczna czy techniczna dziecka w domu.

Anioł trafił na wystawę. Z wystawy dzieci kupowały anioły za 10 zł, a pieniądze ze sprzedaży trafiły na szczytny cel. Naszego anioła nikt jakoś nie kupił. Kilka dni później podjechałam po syna do szkoły, a on biegnie do mnie z naszym aniołem w rękach.

- Kupiłeś go? - pytam rozczulona.
- A skąd, matka - odpowiada mi syn z prawdziwym oburzeniem. - Po co mam kupić anioła, którego zrobiliśmy? To nasz anioł! Nie będę za niego płacił.
- No to jak go wziąłeś?
- Jasiek mnie zasłonił, a ja go schowałem pod kurtkę - opowiada mi syn.
- Przecież to jest zwyczajna kradzież! - grzmię już prawie.
- Przecież nie można ukraść czegoś, co jest twoje - mówi młody, zupełnie nie zbity z tropu...


No cóż. Syn dostał pieniądze na wykupienie swojego anioła z nakazem zaniesienia ich pani. Anioł stoi u mnie w pracy za moimi plecami. Przypomina mi codziennie, że pokora jest w życiu czymś bardzo ważnym.










Komentarze

Popularne posty z tego bloga

(Nie) perfekcyjna pani domu, czyli leniwe soboty