(Nie) perfekcyjna pani domu, czyli leniwe soboty

W myśl starej, wpojonej mi przez babcię zasady pamiętam, że w domu porządek być musi chociaż na tyle, żeby bez kłopotu wejść do niego ze spotkaną po drodze sąsiadką albo... wpuścić do środka ekipę strażaków w razie pożaru, zanim staranują drzwi.

Tej zasady pilnuję i rzeczywiście w moim domu, odkąd mieszkamy samodzielnie i nie rozmywa się ta odpowiedzialność za wrażenie estetyczne, jest posprzątane, brudy w zmywarce na bieżąco układane i nie muszę wpadać w panikę, kiedy usłyszę dzwonek do drzwi, tylko niczym dumna pani domu otwieram je na oścież.

Kolejna stara prawda - im mniej mam czasu, tym lepiej się organizuję. Weźmy na przykład taki poniedziałek. Praca do 16.00, przed powrotem do domu zakupy. Wpadam i robię obiad, ogarniam kuchnię, wstawiam pranie i zmywam podłogę na mokro.

Na 18.30 idę na zebranie do kościoła w związku z przygotowaniami syna do pierwszej komunii świętej. O 20.00 wracam znów zahaczając o sklep, bo zapomniałam o jakichś drobiazgach. W domu zastaję gości, których umówił mąż. Goście wychodzą o 21.30, pytam dziecko młodsze z "Pawła i Gawła", którego uczył się na pamięć.

Rozwieszam pranie, szykuję kolację, gonię do mycia i spania młodsze pokolenie, żeby wreszcie o 22.30 usiąść z lampką wina na kanapie przy mężu. Z planów na romantyczny wieczór nici, bo usypiam z głową na jego ramieniu.

Tak wygląda tydzień. Sobota natomiast jest inna. Obiecałam sobie, że nigdy, przenigdy nie zgotuję moim dzieciom takich sobót, jakie miałam sama jako dziecko: sobota = sprzątanie. Nerwy, poganianie, pośpiech. Czyszczenie płytek w łazience, szorowanie wanny i odkurzanie dywanów - tak wspominam sobotnie popołudnia sprzed lat. Horror!

Sobota to święto naszej rodziny. Śpimy do której chcemy, z reguły wstaję pierwsza i wracam do łóżka z gorącą kawą. Później wspólne śniadanie, które szykujemy razem. Zimą wolny czas spędzamy głównie leżąc na kanapie i oglądając filmy, chyba że zaplanujemy jakieś wyjście albo dzieci mają własne plany na wolny dzień. W międzyczasie obiad, odpust na niezdrowe przekąski, który obowiązuje cały tydzień, no a wieczorem to już obowiązkowy czas na randkowanie z mężem.

Dlaczego o tym piszę? Bo uwolnienie sobót od przykrych obowiązków sprawiło, że wszyscy bardzo na nie czekamy. Wtedy czas płynie wolniej i po całym tygodniu zabiegania mamy wreszcie czas dla siebie. My po prostu lubimy soboty!

Dlatego wieeelkie prasowanie zrobiłam wczoraj. I tak dzień po dniu staram się ogarnąć chociaż jakiś mały obszar, żeby prace się nie nawarstwiały i żebym bez wyrzutów sumienia weekend spędzała tak, jak należy - na przyjemnościach! Czego sobie, i Wam, życzę!



Komentarze