Poszła baba do lekarza... medycyny pracy
Są takie chwile, kiedy pędzący świat zatrzymuje się na chwilę. I wiecie co? Okazuje się, że takie zatrzymanie jest możliwe. Więcej - rzeczywistość wcale na tym nie ucierpiała.
Z reguły badania okresowe robiłam prywatnie, co sprowadzało się do kilkuminutowej rozmowy, przystawienia pieczątki i uszczuplenia budżetu o 40 zł. Tym razem pracodawca zobowiązał mnie do wizyty w przyszpitalnej poradni.
Ostrzeżona, że najlepiej być bladym świtem, zarezerwować sobie dobrych kilka godzin i przygotować się na smród (?), o 7.50 stanęłam w drzwiach poradni medycyny pracy.
Ludzi mnóstwo, prawie wszystkie krzesła zajęte, a przy okienku zamiast spodziewanych tłumów - zaledwie jedna osoba. Pewnie dochodzę do rejestracji i wyjmuję z torebki skierowanie, gdy nagle sympatyczna kobieta z krzesełka informuje mnie uprzejmie.
- Ale my tu wszyscy czekamy do rejestracji...
Okej, rozglądam się i zaczynam od pojednawczego uśmiechu.
- Kto ostatni? - pytam.
Namierzam panią, za którą jestem i okazuje się, że mam mniej więcej 20 osób przed sobą. Siadam na krzesełku i ze zdumieniem odkrywam, że pani rejestratorka jest jedna, przy okienku stoi tylko jedna osoba, która obsługiwana jest dobrych kilka minut, ponieważ całą dokumentację panie wypisują... odręcznie.
- Byłam tutaj przed siódmą, ale okazuje się, że pracodawca dał mi niewłaściwe skierowanie - tłumaczy młoda dziewczyna w okularach. - Teraz czekam na mejla od pracodawcy, ale panie do tej pory nie uruchomiły komputera.
Obsługa pacjentów idzie w iście ślimaczym tempie. Szczęściarze, którym chciało się wstać wcześniej i stawili się przed otwarciem rejestracji, po ponad godzinie trafiają pod gabinety lekarskie. Okulista, laryngolog, internista, pomiar ciśnienia - wydawałoby się, że tam to dopiero będzie się korkować, ale nie - po przejściu przez rejestrację badania idą płynnie.
Z zazdrością spoglądam w lewo w stronę tych, którzy dzierżą pliki dokumentów w ręku. Do oczekujących dołącza dziarska, starsza pani.
- Pan jest ostatni? To ja będę przed panem - oznajmia i zajmuje krzesełko w pobliżu okienka. Mężczyzna nie odważa się zaprotestować.
Pani pilnuje kolejki, upomina pacjentów, reaguje trochę agresywnie. Nachyla się do mnie sąsiadka z prawego krzesełka.
- I po co takie nerwy? Niczego to nie przyspieszy.
Pracująca w Warszawie dziewczyna zastanawia się z kolei, czy nie lepiej byłoby pójść do lekarza medycyny pracy w stolicy.
- Na pewno poszłoby sprawniej, a tak nie wiem, czy zdążę odwieźć dzieci do przedszkola.
Nagle otwierają się drzwi do gabinetu laryngologicznego.
- Kto jeszcze do lekarza? - skrzekliwie pyta pielęgniarka.
- Chwilowo nikt, ale kiedy tylko się zarejestrujemy, będzie kilka osób - informuje uprzejmie ktoś z kolejki.
- Pani doktor już wychodzi, można przyjść w piątek rano - mówi pielęgniarka.
Zeźleni oczekiwaniem ludzie nie wykazują zrozumienia.
- Wzięłam wolne na te badania, pracodawca nie da mi kolejnego dnia, bo lekarz po godzinie skończył przyjmować - denerwuje się jedna z kobiet.
Postawiona na nogi pani kierownik ustala, że laryngolog przemieściła się do innej poradni - i tam w drodze wyjątku przyjmie pacjentów. Mała grupka od razu po rejestracji jedzie za lekarką.
Ja na szczęście nie muszę. Mam tylko okulistę i internistę na liście. Idę pod gabinety po blisko 2 godzinach oczekiwania na rejestrację.
- Ma pani -2. Jeździ pani samochodem? - pyta mnie przemiła okulistka.
Jasne, że jeżdżę, oczywiście bez okularów. Nawet nie przypuszczałam, że mam taką wadę. Obiecuję, że oprawki zamówię sobie pod choinkę.
Potem pomiar ciśnienia, badanie u internistki i wychodzę szczęśliwa z kompletem badań i zaświadczeniem, że mogę pracować.
Czy straciłam 3 godziny? A skąd! Pośmiałam się z ludźmi z kolejki, porozmawiałam o pędzie nie wiadomo po co z sąsiadką z prawego krzesła, zrozumiałam dzięki młodej dziewczynie w okularach, że kompletnie nie ma się sensu denerwować rzeczami, na które nie mamy wpływu. Do tego uśmiechnięty chłopak przepuścił mnie w kolejce do lekarza.
Z przyjemnością tu wrócę... za 3 lata. Mam nadzieję, że nic się nie zmieni.
Zdjęcie zrobiłam już przed gabinetem lekarskim. W kolejce do rejestracji wciąż ustawiają się pacjenci.
Z reguły badania okresowe robiłam prywatnie, co sprowadzało się do kilkuminutowej rozmowy, przystawienia pieczątki i uszczuplenia budżetu o 40 zł. Tym razem pracodawca zobowiązał mnie do wizyty w przyszpitalnej poradni.
Ostrzeżona, że najlepiej być bladym świtem, zarezerwować sobie dobrych kilka godzin i przygotować się na smród (?), o 7.50 stanęłam w drzwiach poradni medycyny pracy.
Ludzi mnóstwo, prawie wszystkie krzesła zajęte, a przy okienku zamiast spodziewanych tłumów - zaledwie jedna osoba. Pewnie dochodzę do rejestracji i wyjmuję z torebki skierowanie, gdy nagle sympatyczna kobieta z krzesełka informuje mnie uprzejmie.
- Ale my tu wszyscy czekamy do rejestracji...
Okej, rozglądam się i zaczynam od pojednawczego uśmiechu.
- Kto ostatni? - pytam.
Namierzam panią, za którą jestem i okazuje się, że mam mniej więcej 20 osób przed sobą. Siadam na krzesełku i ze zdumieniem odkrywam, że pani rejestratorka jest jedna, przy okienku stoi tylko jedna osoba, która obsługiwana jest dobrych kilka minut, ponieważ całą dokumentację panie wypisują... odręcznie.
- Byłam tutaj przed siódmą, ale okazuje się, że pracodawca dał mi niewłaściwe skierowanie - tłumaczy młoda dziewczyna w okularach. - Teraz czekam na mejla od pracodawcy, ale panie do tej pory nie uruchomiły komputera.
Obsługa pacjentów idzie w iście ślimaczym tempie. Szczęściarze, którym chciało się wstać wcześniej i stawili się przed otwarciem rejestracji, po ponad godzinie trafiają pod gabinety lekarskie. Okulista, laryngolog, internista, pomiar ciśnienia - wydawałoby się, że tam to dopiero będzie się korkować, ale nie - po przejściu przez rejestrację badania idą płynnie.
Z zazdrością spoglądam w lewo w stronę tych, którzy dzierżą pliki dokumentów w ręku. Do oczekujących dołącza dziarska, starsza pani.
- Pan jest ostatni? To ja będę przed panem - oznajmia i zajmuje krzesełko w pobliżu okienka. Mężczyzna nie odważa się zaprotestować.
Pani pilnuje kolejki, upomina pacjentów, reaguje trochę agresywnie. Nachyla się do mnie sąsiadka z prawego krzesełka.
- I po co takie nerwy? Niczego to nie przyspieszy.
Pracująca w Warszawie dziewczyna zastanawia się z kolei, czy nie lepiej byłoby pójść do lekarza medycyny pracy w stolicy.
- Na pewno poszłoby sprawniej, a tak nie wiem, czy zdążę odwieźć dzieci do przedszkola.
Nagle otwierają się drzwi do gabinetu laryngologicznego.
- Kto jeszcze do lekarza? - skrzekliwie pyta pielęgniarka.
- Chwilowo nikt, ale kiedy tylko się zarejestrujemy, będzie kilka osób - informuje uprzejmie ktoś z kolejki.
- Pani doktor już wychodzi, można przyjść w piątek rano - mówi pielęgniarka.
Zeźleni oczekiwaniem ludzie nie wykazują zrozumienia.
- Wzięłam wolne na te badania, pracodawca nie da mi kolejnego dnia, bo lekarz po godzinie skończył przyjmować - denerwuje się jedna z kobiet.
Postawiona na nogi pani kierownik ustala, że laryngolog przemieściła się do innej poradni - i tam w drodze wyjątku przyjmie pacjentów. Mała grupka od razu po rejestracji jedzie za lekarką.
Ja na szczęście nie muszę. Mam tylko okulistę i internistę na liście. Idę pod gabinety po blisko 2 godzinach oczekiwania na rejestrację.
- Ma pani -2. Jeździ pani samochodem? - pyta mnie przemiła okulistka.
Jasne, że jeżdżę, oczywiście bez okularów. Nawet nie przypuszczałam, że mam taką wadę. Obiecuję, że oprawki zamówię sobie pod choinkę.
Potem pomiar ciśnienia, badanie u internistki i wychodzę szczęśliwa z kompletem badań i zaświadczeniem, że mogę pracować.
Czy straciłam 3 godziny? A skąd! Pośmiałam się z ludźmi z kolejki, porozmawiałam o pędzie nie wiadomo po co z sąsiadką z prawego krzesła, zrozumiałam dzięki młodej dziewczynie w okularach, że kompletnie nie ma się sensu denerwować rzeczami, na które nie mamy wpływu. Do tego uśmiechnięty chłopak przepuścił mnie w kolejce do lekarza.
Z przyjemnością tu wrócę... za 3 lata. Mam nadzieję, że nic się nie zmieni.
Zdjęcie zrobiłam już przed gabinetem lekarskim. W kolejce do rejestracji wciąż ustawiają się pacjenci.

Komentarze
Prześlij komentarz